niedziela, 20 maja 2018

Rowerowy rajd: Wrocław - Ślęża

Do Sobótki podróż przebiegała spokojnie, choć z drobnymi przeszkodami, ale daliśmy radę.

Sobótka, wejście na Ślężę: już na samym podjeździe asfaltowym nie dawałem rady. Uda paliły nieprzyjemnie a puls skakał powyżej 170. Tak się po prostu nie dało. Gdy zaczął się szlak, droga złagodniała. Przejechaliśmy w miarę spokojnie kilka kilometrów.

Tu zaczął się kabaret. Wskazania GPS w komórce nijak miały się do tras w GoogleMaps, które nijak miały się do rzeczywistości. Droga, przejezdna dla auta, była niemożliwa do przejechania dla rowerów. Duże, gęsto usłane kamienie, uniemożliwiały przejazd, tym bardziej, że pod górkę. Tak przynajmniej myśleliśmy, gdy nagle minął nas rowerzysta, ostro cisnący pod górę. Uniesienie brwi, spojrzenie i komentarz "Ten to ma dobry, lekki rower..." jakby w ogóle nie chodziło o brak naszej kondycji :)
Nie wiadomo jak, ale w pewnym momencie znaleźliśmy się w miejscu, z którego ani nie dało się zjechać, zejść, ani nie było żadnej ścieżki w stronę szczytu. Po wałęsaniu się po poziomej, zapomnianej przez Boga ścieżce, zobaczyliśmy ewentualną drogę na szczyt. Słupy energetyczne pięły się stromo i prosto na sam szczyt, "droga" nie wyglądała na łatwą: stroma, na oko pod kątem 50 stopni, z dużymi kamieniami po drodze, kłodami, gęstymi chaszczami i gdzieniegdzie głębokimi dziurami. Wybór był jednak wówczas prosty: albo szukanie trasy powrotnej w dół, co łatwo się nie zapowiadało, albo osiągnięcie celu za wszelką cenę. Ruszyliśmy pod górę.

Muszę przyznać, "trasa" z dołu wydawał się trudna, ale nie aż tak, jaką się okazała. Nikt normalny nie szedłby tamtędy pieszo - my weszliśmy tam z rowerami... Co słupek, odpoczywaliśmy i parliśmy do przodu, choć łza kręciła się w oku. "Spójrz, jeszcze tylko 5 słupków", a po ich przejściu "Patrz! Jeszcze tylko 6 słupków!" I tak w kółko. Co zabawne, czasem łatwiej było wziąć rower w ręce i skakać z nim jak kozica po kamieniach, niż pchać go pod górę. Były małe kamienie, były ogromne kamienie, były gęste krzaki, były zwalone drzewa nad którymi trzeba było rower przenieść, był stos zwalonych drzew, były dziury w jakie stopy czasem właziły, były rowery cięższe z każdą chwilą. To był także moment, gdy skończyła nam się woda. A wszystko to stromo pod górkę...
Wyobraźcie sobie radość, gdy przeszliśmy tą "ścieżkę zdrowia" i wyobraźcie sobie smutek gdy zobaczyliśmy na mapie, że jeszcze ponad drugie tyle na szczyt.

Weszliśmy na oznaczoną ścieżkę dla pieszych: stromo, korzenie, kamienie, ale to było nic w porównaniu z tym, co przeszliśmy przed chwilą. Do czasu, gdy z rowerem w rękach trzeba było wchodzić po kamiennych schodach, gdzieniegdzie tak wąskich, że dwie osoby miałyby problem się minąć, a co dopiero wnosić rower... Ale humor nam dopisywał, a raczej był niezbędny by zbić ciśnienie. I tak pomiędzy kolejnymi, rzucanymi na wiatr "kurwami" zastanawialiśmy się, co powiemy komuś, kogo spotkamy. Ktoś ledwo schodząc po trasie, zobaczy dwóch idiotów, którzy nie dość że wchodzą, to jeszcze z rowerami na plecach.
Wiecie, co nas tak bardzo motywowało do wchodzenia pod górę, mimo zmęczenia nóg i rąk? Fakt, że nie znaliśmy drogi powrotnej w dół, a myśl o trasie wzdłuż linii energetycznych natychmiast dodawał energii.
Druga rzecz, która mnie motywowała to myśl o wodzie na szczycie. Cóż... w końcu dotarliśmy na szczyt, a tam chuj. Żadnej wody. Po 5 minutach odpoczynku, czas wrócić do domu. A na szczyt dotarliśmy dopiero przed 20:00. Zaczęło być zimno a do domu 50km drogi.
Droga powrotna, w stronę Sulistrowiczek dość stroma, myśleliśmy, że odpoczniemy zjeżdżając - nic bardziej mylnego. Dłonie mocno zaciśnięte na obu hamulcach, a my i tak pędzimy w dół, uważając a to na kamienie, na dziury lub kamienne rynny ułożone w poprzek drogi. Wiele było miejsc, gdzie mogliśmy skończyć połamani. Mi osobiście, zjazd ten bardzo się podobał.

Gdy dojechaliśmy na asfalt, zaczęła się droga do Sulistrowiczek. Przez kilka kilometrów nie trzeba było pedałować, a jechało się na oko 60km/h cały czas w dół - równie piękna rzecz. Oczami wyobraźni widziałem jakiś wiejski sklep, w którym kupię wreszcie coś do picia! Cóż... Gdy wjechaliśmy do Sulistrowiczek, 30s później byliśmy już za nimi. Cicho, głucho, żadnej witryny po drodze. Pomyślałem - będą kolejne wioski, znajdzie się jakiś sklep. Człowiek zapomniał, że po 20tej życie w wioskach ginie. "W kolejnej wiosce" - ta myśl towarzyszyła mi aż do Wrocławia, gdzie dopiero pod domem się napiłem. 50km drogi o suchym pysku... a po drodze, oczywiście, kolejne przygody!

Wybierając najkrótszą trasę, nie pomyśleliśmy, że w części będą to polne i leśne dukty, a na nich wielkie kałuże, dziury, wyboje.

Ciekawiej jednak było, gdy mocniej już się ściemniło i do wyboru mieliśmy, dłuższą o kilka kilometrów drogę po drodze asfaltowej, lub dalszą podróż po dróżce polnej, wśród ujadania i szczekania masy psów tuż przy ogrodzeniach przy ścieżce. Powiedziałem, że nie mam sił na ani jeden km więcej. Jadąc tuż przy ogrodzeniach wołałem do kolegi: "nie patrz na psy, patrz przed siebie, nie zwracaj na nich uwagi, nie patrz na psy" - po czym sam zerkałem na wielkie psiska z przerażeniem.

Najciekawiej zrobiło się jednak, gdy padły nam telefony i skończyło się wsparcie wujka Googla, kilkanaście kilometrów jakoś przejechaliśmy dalej,  aż zrobiło się tak ciemno, że chuja było widać. A przed nami kolejna polno-leśna droga.

Po wielu tego typu atrakcjach, do domu dojechałem o 23:40. Zmęczony, zmarznięty, a przede wszystkim SPRAGNIONY.

Ale daliśmy radę. I jestem z tego dumny. Takiej przygody nie miałem chyba nigdy. Nie spieszy mi się powtórka z włażenia z rowerem pod górę. Ale dziś patrzę już na to z przymrużeniem oka.
105 km drogi wykonane. Kolejny cel to 160 km jednego dnia :)

niedziela, 4 marca 2018

Chłodna logika vs emocje

   Tym razem przeważająco refleksyjnie. Spędzając czas z rodziną, znajomymi, oglądając filmy czy słuchając rozmów przechodniów, czasami nie jestem w stanie zrozumieć, jak można być tak głupim.
   Okazuje się jednak, że nie o inteligencję bądź jej brak tu chodzi, a o emocje. Ludzie pod wpływem emocji podejmują nieracjonalne decyzje. Tworzą kolejne myśli, które nie mają jakiegokolwiek logicznego poparcia. Długo dochodziłem do tego wniosku, ale ostatecznie z takimi osobami, w takiej chwili, po prostu nie warto rozmawiać. Robię tak zarówno w domu, w pracy jak i w przestrzeni publicznej. Szybko doszedłem też do kolejnego wniosku - tym razem lekko emocjonalnego: z ludźmi na ogół nie warto rozmawiać.
Nie warto podejmować setki rozmów z głupcami, by znaleźć tą jedną jedyną osobę, myślącą podobnie. Wiem, że takich osób zapewne jest wielu, wiem jednak, że należą do kompletnej mniejszości.

   Ludzie zaczynają innych wyzywać, tylko po to, by po równie kulturalnej odpowiedzi, twierdzić, że to nie oni zaczęli. Lubią uderzyć kogoś, by po przegranej walce przysięgać na Boga, że to nie oni zaczęli. W trakcie wymiany argumentów w sporze na jakiś temat, lubią skakać z tematu na temat, uciekając od sedna sprawy, lub atakować rozmówcę tylko po to, by odwrócić SWOJĄ uwagę od faktu, iż nie mają racji.

   W tym wszystkim pomijam wyjątkowe śmieci ludzkie, które z pełną premedytacją, sprytem i świadomością wykorzystują różnego rodzaju techniki tego typu, tylko po to by wyprowadzić rozmówcę z równowagi i z tematu. To jest specyficzny rodzaj gatunku, nie należy mu poświęcać więcej niż dwóch zdań.

   W większości wypadków winowajcą są emocje, jednak nie zwalam na nie pełnej winy. Rozum ma kontrolę przez cały czas i to my decydujemy o tym, czy emocje nam ją chwilowo odbiera, czy też nie. Ostatecznie to my, poprzez myśli i decyzje jakie podejmujemy, kształtujemy samych siebie.
   Osobiście nienawidzę siebie w momentach, gdy emocje biorą górę. Staram się jednak zawsze, ale to zawsze kierować zdrowym rozsądkiem i chłodną logiką. Czasami jednak paraliżuje mnie brak pomysłów, jak odpowiedzieć na jakiś skrajny debilizm. Mówiąc 'debilizm' lub 'są w błędzie' mam na myśli fakty bądź naukę, a nie kwestie otwarte na różne interpretacje.
   Emocje same w sobie są nam niezbędne do życia, a jednocześnie za ich pomocą durniejemy jeszcze bardziej, niż to jest teoretycznie możliwe. Jak to ze sobą pogodzić?

piątek, 2 marca 2018

8-letnie dziecko wpadło do stawu i utonęło

   Dziś bardziej na poważnie. Śmierć dziecka, 8-letniej dziewczynki nie jest wszak tematem, z którego można sobie żartować. Choć z głupoty rodziców odpowiedzialnych za tą tragedię, już można.
   Ośmioletnie dziecko wchodzi na lód, który się pod nim załamuje, w konsekwencji czego tonie. Dziecko jak dziecko, powie ktoś z Was, że robi różne głupie rzeczy, nie przewidzimy wszystkiego, nie przywiążemy dziecka do słupa. Prawda. I nie prawda.
   Jeżeli dochodzi do takiej tragedii, to jej wyjaśnienia są zwykle dwa: albo dziecko nie było świadome zagrożenia, albo było świadome, ale przez całe dzieciństwo dostawało jedynie puste zakazy i nakazy, co z marszu kieruje nasze pociechy w stronę naturalnego, choć często bezmyślnego 'buntu'. W obu przypadkach odpowiedzialność spada w 100% na rodziców.
Dziecko musi mieć wewnętrzną pewność, że rodzice przekazują wiedzę prawdziwą i w trosce o jego bezpieczeństwo. Rodzice powinni oswajać swój 'skarb' z niebezpieczeństwami, pokazywać mu konsekwencje różnych wyborów.
   W ciągu kilku godzin od przeczytania artykułu na ten temat, i rozmowy w komentarzach z innymi, spotkałem się jednak z zatrważającą ilością zdań, które niwelują odpowiedzialność rodziców. Hiperbolizując nieco ich głupotę, przekażę ich słowa w następujący sposób:

To normalne, że dzieci robią czasami głupie rzeczy, nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć! Gdy puści się 8letnie dziecko samo bez opieki, to można oczekiwać pełnej odpowiedzialności za swoje życie i zdrowie ze strony dziecka. Przecież to normalne, że nie wejdzie na lód czy na wysokie drzewo, nie spadnie ze skarpy. Gdy jakieś auto wjedzie na chodnik, to 6-8 lat to wystarczający wiek by uniknąć zderzenia. Jak się zostawi śpiące, 2-letnie dziecko w aucie na parkingu, by w spokoju zrobić w ciągu zaledwie 2 godzin zakupy w pobliskiej galerii, to chyba naturalne że nic się dziecku nie stanie! Jeżeli zaś dziecko wpadnie już do stawu i utonie, to było widać głupie, by to zrobić. To przecież nie jest wina rodziców, że chcą mieć kilka godzin świętego spokoju?!

 Takie postawy pozostawię bez komentarza.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Katecheci być może zostaną wychowawcami klas w szkołach

   Co ja widzę, co ja czytam? Katecheci mają być wychowawcami. Nie twierdzę, że niektórzy z nich się do tego nie nadają lepiej od niejednego nauczyciela, jednak...
   Po krótkiej rozmowie z żoną, a w tym roku posyłamy naszą pociechę do szkoły, doszliśmy do wniosku, że przed naszym dzieckiem są najświetniejsze lata edukacji.
   Na lekcjach języka polskiego, jako obowiązkowa lektura szkolna, dzieci będą przerabiać całe Pismo Święte. Jest tam wszystko, co potrzebne do analizy różnych tworów literackich. Jest proza, jest poezja, są psalmy, opowiadania, i przypowieści. Co ważne: wszędzie czeka dzieci morał.
Lekcje języka obcego - angielskiego, zastąpią lekcje języka aramejskiego. Dla chętnych również hebrajski! Biologia - to będzie ulubiony przedmiot naszego brzdąca. Nauczy się z niej, w jaki sposób niebiański dziadek z siwą brodą ulepił z gliny człowieka i jak tchnął w niego życie. Lekcje historii sięgną hen dalej niż starożytność. Całość oparta oczywiście o Stary Testament. Można z niego wyciągnąć więcej nauki, niż z całej naszej historii nowożytnej. Geografia to oczywiście opis stwarzania Ziemi w 7 dni. Udowadnianie, że jest to w pełni możliwe. Popularny WF, to cotygodniowe procesje oraz raz w miesiącu obowiązkowa pielgrzymka. Sport to zdrowie! Najciekawsze jednak będą Podstawy Przedsiębiorczości w liceach i technikach. Wbrew pozorom, mogłoby to zrobić niemałą rewolucję na rynku pracy. Przypomnijcie sobie przypowieść o denarach: jeden pracownik zgodził się pracować cały dzień za dwa denary, drugi przyszedł później i pracował pół dnia, też za dwa denary. Trzecie przyszedł wieczorem, popracował kilka godzin tylko, i także otrzymał dwa denary. Czysta sprawiedliwość w oczach Bożych. Jak wielu tzw. wiernych, by się oburzało na myśl o tym, że będą pracować dwa razy dłużej od kogoś, kto otrzyma tą samą pensję! Bezbożnicy! Katecheci, jako wychowawcy, będą oceniać zachowanie uczniów, jednak ci, którzy jedzą w piątek mięso, mogą liczyć co najwyżej na zachowanie 'dobre'. Jeżeli do tego masz rodziców z lewicowych środowisk, to max na co można liczyć to 'dostateczne'.
   Nie widzę stawiania na równi wykwalifikowanych nauczycieli jakichkolwiek przedmiotów szkolnych, opartych o naukę, z ludźmi, których zadaniem jest opowiadanie o rzeczach opartych o wiarę. Wiara to coś intymnego, prywatnego, coś, czego nie można udowodnić. Wybaczcie mi, wszyscy wierzący, ale z punktu widzenia nauki, a do tego służy szkoła, nie ma znaczenia czy nauczyciel religii będzie opowiadał o Jezusie, czy o latającym potworze Spaghetti (zarejestrowana religia). Jak osoba, której zadaniem jest szerzenie wiary, może być sprawiedliwym wychowawcą klasy? Tutaj nie ma znaczenia, jakiego wyznania katecheta. Przypomnę: gdy w szkole będzie wystarczająca liczba chętnych osób na lekcje religii innego od powszechnego wyznania w Polsce, szkoła ma obowiązek takie lekcje zorganizować. Wyobraźmy sobie teraz, że taka grupa muzułmanów bądź żydów się znalazła. Bądź co bądź do wychowawcy Waszej pociechy, dzieci będą się wówczas zwracać Salam alejkum lub Szalom.